ŻYCIE moim

Jestem Andrzej Nowosad, jestem osobą niepełnosprawną od urodzenia. Urodziłem się z dziecięcym porażeniem mózgowym Chcę opisać całe moje życie. Od urodzenia, aż do teraz, a może dalej.

Rozdział 1 Dzieciństwo

Urodziłem się w roku 1965 w Wisznicach. Już po urodzeniu rodzice wiedzieli, że coś ze mną jest nie tak, jakby było normalne zdrowe dziecko , że coś mi jest. Nie mogłem jeść. Dla mamy było bardzo trudno mnie nakarmić . Jak mama mnie karmiła to wtedy zakrztuszałem się. Ale mama starała się jak najdłużej mnie karmić  aż ja jakoś zapamiętałem to karmienie, pamiętam jak przez sen. Coraz bardziej płakałem,  nie można było ode mnie odejść tylko bez przerwy było trzeba mnie kołysać dzień i noc. Może coś mnie bolało  chyba coś z ciągało ja myślę tak z ciągała moja choroba

Po urodzeniu moi rodzice od razu zaczęli mnie leczyć i wozić po różnych lekarzach. Gdy miałem rok to leżałem w szpitalu w Lublinie  lekarze mieli mi robić odmę na głowę.

Ale mama przyjechała do szpitala w samą porę, lekarze już mieli zrobić mi te odmę. Jakby mama nie przyjechała na czas, jakby zrobili mi ten zabieg to nie wiadomo co ze mną by było? Czy  przeżyłbym, czy też nie ? może Bóg czuwał nade mną  i nad rodzicami. `

I tak co pół  roku moi rodzice wozili mnie do Lublina, i tak przez 8 lat. Gdy lekarze stwierdzili, że ja już nie będę chodzić ani nie będę mówić. To mama bardzo płakała i przeżywała to, że jej dziecko jest kalekie.

Jaki to ból  dla matki był, że musi patrzeć na swoje chore dziecko. Jak później mama opowiadała nie mogła  nawet patrzyć  się na inne dzieci w moim wieku. Zadawała sobie to pytanie dlaczego inne dzieci  są zdrowe i normalne a ja nie dla mamy było bardzo trudno to przeżyć. Z tego wszystkiego  mama nie chciała widzieć nawet ludzi, tylko chciała schować się gdzieś na Końcu świata.

Nie tyko mama przeżywała, ale także tato przeżywał, że jestem chory i będę niepełnosprawny przez całe swoje życie.

Ale tato starał się jakoś wytłumaczyć sobie i  mamie , że tak musi być. A mówił tak, jak opowiadał no co można zrobić taki on się. urodził Choćbyś ty oczy wypłakała ale  nie będzie już zdrowy.

Przy tym całym naszym nieszczęściu jeszcze tato miał  takiego brata który mieszkał koło nas. Ten brat był dla mnie  stryjkiem. Jak opowiadali rodzice, ten stryjek nie bardzo nas lubił i cała jego rodzina. Oni dobrze  wiedzieli, że u nas jest cierpienie i smutek jak to jest  po sąsiedzku.

Ta rodzina bawiła się sobie zawsze była gościna u nich. A do nas  nikt nie przyszedł żeby zobaczyć mnie i moich rodziców. Może rodzice potrzebowali żeby ich pocieszyć w cierpieniu.

Jeszcze ja miałem taką babcie która nie bardzo  wyrozumiała była  dla rodziców, a szczególnie dla mamy często dokuczała mamie.

Gdy trochę już  podrosłem zacząłem zapamiętywać coś nie coś  z mego życia.

Gdy  sięgnę pamięcią do mego dzieciństwa. To moja babcia głównie się opiekowała mną. Bo rodzice moi byli  rolnikami i nie mieli  za bardzo czasu , żeby opiekować się mną. Tu musze nadmienić, że moja  babcia jakoś nie chciała moimi  braćmi opiekować się kiedy oni byli  mali. Jak rodzice prosili. babcie żeby zaopiekowała się. Kiedy rodzice chcieli gdzieś wyjść razem z domu to wtedy ona mówiła zabieracie swoje dzieci i na całą noc  sobie idźcie

Jako  dobra babcia powinna  zaopiekować się swoimi wnukami ale tak nie było. Bo moja babcia taki już miała charakter nie zbyt dobry lubiła komuś dokuczyć. Gdy już zobaczyła, że jestem niepełnosprawny i rodzice bardzo przeżywają te moją chorobę to wtedy zrozumiała, że to jest krzyż  w rodzinie który będzie trzeba nieść  przez  całe nasze  życie,

Powrócę do nie zbyt dobrego  charakteru mojej babci jak się mną opiekowała to czasami też lubiła mi dokuczyć, a dokuczała mi słowami, że jestem inny.  Ja też do babci miałem żal, że urodziłem  się chory. W  naszej rodzinie zdarzyła się taka historia,  te historie ja znam  z opowieści  moich rodziców.

Może to była  prawda, może nie prawda, że tak się stało tego nie wie nikt. Jak opowiadali moi rodzice.

Pewnego  razu jak była duża  kłótnia między  babcią, a rodzicami wtedy moja mama była  już w ciąży ze mną.  To  wtedy babcia pożyczyła w nerwach moim rodzicom  wszystkiego najgorszego. Mama bardzo się przejęła tymi słowami.

Może babcia potem żałowała tych słów,  a na pewno  żałowała bo się zmieniła zaczęła  bardziej mną opiekować się. Gdy rodzice wychodzili w pole.

A ja zostawałem  z babcią, babcia mnie ubierała i karmiła. Siedziałem na takim małym Krzesełku oparty o babcine  kolana i karmiła łyżką.

Tak jak już wspomniałem te karmienie, mnie było bardzo trudne. Bo ja prawie nic nie jadłem tylko miód i mleko, tym żyłem.

Aż lekarze mówili do rodziców czym on żyje i rośnie.

Tak przez 8 lat rodzice wozili mnie do Lublina na taką kontrole lekarską czy prawidłowo rozwijam się w sensie umysłowym. Gdy lekarze stwierdzili, że nie ma u mnie żadnych zaburzeń umysłowych, to powiedzieli do rodziców: ” Państwo nie wóźcie go, bo i tak nie wyleczycie z tej choroby.” Nie pamiętam jak lekarze skierowali mnie do sanatorium.

Trudno teraz, coś o tym opowiedzieć o moim skierowaniu do Buska .

Podrozdział 1 Busko zdrój

W roku 1974, rodzice wystarali się mi o pobyt w sanatorium w Busku zdroju. Trudno mi teraz  powiedzieć, co rodzice jeszcze myśleli takiego oddając mnie do Buska  tego nie wiem ? Ale może jeszcze mieli nadzieje, że mnie w leczą.

Od dłuższego czasu rodzice mnie przygotowywali do tego Buska. Co raz na kalendarzu, rodzice mi pokazywali  kiedy pojadę, żeby mnie przygotować.

Gdy nadchodził  ten czas jechać, to Mama z Tatem przyszykowywali mnie.

Wyszyć trzeba było moje imię i nazwisko na moich ubraniach. Mama to wszystko wyszywała, że to była  zima więc tato jej pomagał.

Mama wpadła na taki  pomysł, żeby napisać taką informacje o mnie, czego ja chce, żeby tam w Busku lepiej mnie zrozumieli

Rodzice też musieli  przygotować  się do tej drogi, pomyśleć trzeba było kto się zajmie gospodarstwem. Choć  była zima, to trzeba było na karmić zwierzęta. Babcia nie bardzo dała rady z tym wszystkim, więc rodzice długo zastanawiali się gdyby tu ktoś obrządzał zwierzęta

Był taki dziadek Czech Tomasz, on mieszkał nie tak daleko od nas za lasem. Ten Czech, do nas przychodził podciąć włosy, a czasami tak sobie posiedzieć i pogadać, nie brzydził się mnie, że ja jestem kaleko. Ten dziadek był  jakoś tak z nami  zaprzyjaźniony, można tak to powiedzieć.

Rodzice więc tego dziadka poprosili, żeby doglądał zwierzęta razem z babcią. Gdy pojadą zemną do tego Buska.

Naszedł ten dzień wy jażdżu do Buska, jak już wspomniałem to była zima. Dobrze pamiętam, to było rano. Ja siedziałem na łóżku i czekałem kiedy rodzice obrządzą się. A koło mnie babcia.  Była dla mnie taka dobra, jakby to nie była moja  babcia serdeczna i czuła. Chyba też zdawała sobie sprawę, że ja jadę na leczenie i dlatego była taka  dobra.

Wtedy nie było jeszcze samochodów osobowych, jak w dzisiejszym czasie  tylko wsiąść i jechać. Tylko trzeba było jechać autobusem.

To była daleka droga do Buska. Najpierw trzeba jechać było, od nas do Lublina a w Lublinie z przesiadką do Kielc a taksówko do samego Buska

Gdy zajechaliśmy późny to był wieczór. Ale pamiętam, że tam był duży szpital. W poczekalni na ścianie wisiały zdjęcia dzieci to były chyba dzieci tam leczących się, ja tak myślę.

Ja zdawałem sobie sprawę, że rodzice nie mogą zemną być w Busku przez ten cały czas. Muszą jechać

do domu, do obowiązków. Dlatego chciałem, żeby to babcia w Busku mną opiekowała się. Pamiętam jak rodzice mnie pocieszali  jak mogli.

Potem przyszła pielęgniarka zobaczyć mnie i zliczyć moje ubrania. Później zawołano nas do lekarza, żeby mnie lekarz przyjął.

Jakoś tato nie poszedł z nami do lekarza na przyjęcie mnie. Tylko mama zemną poszła kiedy lekarz powiedział, że nie będę  przyjęty. To ja trochę ucieszyłem się tak pomyślałem sobie  może będzie można wrócić z rodzicami do domu. Ale mama zaczęła prosić lekarza, żeby mnie przyjął do Buska.

Po przyjęciu zaniosła mama mnie na oddział dziecięcy na sale. Gdzie było dużo dzieci, że to była późna noc wszystkie dzieci spały. Za 1 wyjątkiem chłopak co z nami jechał też do Buska.

Ten chłopak spał obok mnie. Był chory na zanik mięśni.

Mama rozbierała mnie do łóżka do spania i jeszcze pomodliła się razem zemną. Choć byłem niewielkim chłopakiem to już umiałem.

Modlić się u nas w domu uczoną tej modlitwy.

Tej nocy ja słabo spałem trudno było usnąć w nowym miejscu z wyrażenia

Na drugi dzień rano obudziłem się już sam bez rodziców. Przyszła pielęgniarka, żeby nas obudzić przywitał mnie chłopak spod okna. O jest nowy chłopak powiedział i zaraz zapytał ile mam lat. A, że nie można zemną dogadać się, to na migi przez pokazywanie my się dogadali.

Naprzeciwko naszej sali była stołówka, nie daleko  mieliśmy na posiłki. Także ta stołówka służyła nam nie tylko do posiłków. Ale również za pokój dzienny.

Czas przyszedł na porę  śniadania, posadzili mnie na takim małym krzesełku, żebym  nie spadł.

Ja miałem trudności z tym jedzeniem  trzeba było mnie karmić w tamtym czasie gdy byłem mały . Ale ja próbowałem uczyć się jeść sam, choć nie bardzo to mi wychodziło. Bardzo się brudziłem.

Próbowałem jeść sam wszystko to co udało się utrzymać w ręce, ale słabo to wychodziło. Wypadała mi łyżka z ręki. Potrzebowałem, żeby ktoś mnie karmił. Przeważnie to była pielęgniarka.

Z tą pielęgniarką było różnie raz na karmiła dobrze i po ludzku bez żadnych nerwów, a raz nie przyjemnie można tak to powiedzieć.

W Busku była taka  szkoła życia, w tej szkole my się bawili. Tam była dobra Pani nie była taka nerwowa jak inne są. Miała podejście do chorych dzieci.

Naszedł dzień odwiedzin, pamiętam dobrze, że to była niedziela, po śniadaniu mnie ubrano ładnie na dół na świetlice tam były odwiedziny rodziców dzieci. Gdy ja zobaczyłem mamę to bardzo się o cieszyłem i za razem rozpłakałem się. Jak to dziecko tyle miałem do opowiedzenia, że będzie operacja, najważniejsze było to, że byłem głodny. Nie  było, komu opiekować się mną.

Więc prosiłem Mame żeby zabrała mnie do domu, tak chciałem do domu, nie chciałem już w Busku być to wszystko mnie przerażało jak na małego chłopca. Jest takie powiedzenie wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Na drugi dzień mama zaczęła mnie wypisywać z Buska i załatwiać różne sprawy z lekarzami. Mama chciała, żeby ja miał wózek i prosiła, żeby pomogli załatwić. Lekarze mówili żeby mama poddała mnie na operacje, żebym mógł chodzić. To było ryzyko dla mamy albo się uda albo nie. Mama się bała, że nie będę już chodził na kolanach.

Gdy wypisała mnie z Buska zaczęliśmy jechać z powrotem do domu. Trudna to była droga a w szczególności dla mamy, bo mama była sama tylko ze mną i jechała z ze mną i z bagażami. Po wielu trudach, co w drodze były tak dojechaliśmy do Wisznic a w  Wisznicach już tato na nas czekał. Po całej tej drodze my z mamą pochorowali się. Tak  o to zakończyła się moja przygoda z Buskiem